Moje wypociny i tylko moje. Pisałam to chyba jeszcze rok temu, ale nawet jak na wtedy to nie dałam z siebie wszystkiego. Nie jest to moje najlepsze opowiadania, ale nie mogę znaleźć innych. Miłego czytania
Spotkanie
Coś prowadziło Courtney przez las Fungsfel już pół godziny, i to w całkowitej, nieprzerwanej ciszy.
Podobno już za pięć minut miała znaleźć się na starym, pustym cmentarzu, po którym błąkały się dusze umarłych, nie mogące zaznać wiecznego ukojenia, które nie wiadomo kiedy miało nastąpić.
Dziewczynę o jasnobrązowych włosach okropnie zadziwił jej zmysł orientacji a mianowicie dlatego, że nie zgubiła się jeszcze ani razu, a w tak gęstym lesie nie było to zbyt łatwe. Nie syknęła jeszcze ani razu z bólu, lecz była podrapana i pogryziona przez leśne zwierzęta. Gdyby ktoś zaproponował jej poniesienie na rękach ta pokiwała by od razu ochoczo głową i rzuciła się w jego objęcia.
Pięć, ba! A nawet piętnaście minut minęło już dawno, a końca jej nocnej przygody nie było widać.
Nagle Courtney mimowolnie stanęła, i dopiero po chwili zorientowała się dlaczego: przed nią rozciągała się ogromna przepaść, której dna nie było widać.
-Zmień się!- powiedział ktoś chłodno. Cou rozejrzała się. Nikogo nie było, a przynajmniej w zasięgu jej wzroku.-Mówię. Zmień się! Już, natychmiast! I skacz!- zarządził ktoś.
Kątem oka ujrzała jakiś ruch, wcale nie tak daleko od niej. Jakaś postać zmieniła się w, prawdopodobnie, ogromną rybitwę i przeleciała gładko nad przepaścią. Cou patrzyła chwilę za postacią, a chwilę później w jej miejscu stanął żbik. Zwierzę zawahało się chwilę, po czym skoczyło. Leciało długo i niezgrabnie, nie to co tajemnicza postać. Dolatując przerośnięty kot zbyt szybko postanowił lądować i minął drugi koniec przepaści dosłownie o kilka centymetrów. Dziewczyna w ciele żbika zdążyła zaczepić jednak pazurami o krawędź urwiska. Zwierze ryknęło żałośnie. Po dłuższej chwili poczuła dotyk silnych rąk. Zmieniła się w człowieka i mocny ucisk sparaliżował jej ręce. Zawyła cicho z bólu, a przybysz zaczął wciągać ją ku górze.
W końcu, kiedy leżała zziębnięta i nadal przestraszona na ziemi, nie zastanawiając się, kto uratował ją od pewnej śmierci zaczęła oddychać szybko i płytko. Nagle ktoś się odezwał.
-Jesteś w szoku.- Courtney rozpoznała ten głos, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć do kogo należał.
Dziewczyna, zapewne rozpoznając po sile, uznała, że od pewnej śmierci wyratował ją chłopak. Postać podniosła ją i uderzyła lekko w policzek. Cou otworzyła oczy i wydała z siebie stłumiony okrzyk.
Wybawca popuścił uścisk i odepchnął dziewczynę lekko od siebie, uśmiechając się zło. Tak, naprawdę. tem uśmiech był po prostu zły.
Cou patrzyła w przerażaniu na dziewczynę o nadzwyczajnie długich i zgrabnych nogach, których zazdrościła jej od zawsze. Jej stalowe oczy lekko pobłyskiwały w świetle położonego wysoko księżyca, a uśmiech przyprawiał o dreszcze. Jej włosy jak zwykle były puszyste, i powiewające w rytm wiatru.
Courtney rozejrzała się, aby znaleźć postać która przeleciała nad przepaścią, ale ta chyba pognała w inną stronę, albo po prostu przestraszyła się przybyszki.
Mash, bo tak właśnie było tek jobiecie na imie, uśmiechnęła się drwiąco, lecz tkwiła w tym nutka dobra.
-Stęskniłaś się?-zapytała i ujęła Courtney za dłonie.- Siostrzyczko?