Album wyszedł już kilka dni temu, kilka opinii też już się na forum pojawiło, postanowiłem więc i ja jakoś się do tego, jakże oczekiwanego dziecka Dziewicy (żelaznej) ustosunkować. A więc po kolei:
01. Satellite 15... The Final Frontier - pierwsza połowa piosenki to moim zdaniem absolutne nieporozumienie i najgorsze 4 minuty w historii Iron Maiden. W drugiej części utworu jest już lepiej, przewodni motyw brzmi przyjemnie, ale powtarzanie do znudzenia słów "The Final Frontier" nie jest dobrym pomysłem na chwytliwy refren. A Maideni potrafią tworzyć chwytliwe refreny.
3/10
02. El Dorado - Początek piosenki przypomina mi... zakończenia piosenek AC/DC

Potem wchodzi perka i galopujący bas Steva. To musi być trochę nudnawe grać to samo w co drugiej piosence, ale ja się tam nie znam. Główny riff niezły, ale nie porywający. Wokal Bruce'a w zwrotkach mnie nie przekonuje. Wolę, gdy jak w refrenie sięga wyższych rejestrów zamiast po prostu mówić.
5/10
03. Mother Of Mercy - Pierwszy ciekawszy utwór na płycie. Bardziej balladowy i ze zdecydowanie lepszym wokalem. Mam też nieodparte wrażenie, że przypomina też trochę dawniejsze dokonania Maiden. A to spory plus. Choć na tle starszych piosenek Maiden są to ciągle dolne stany średnie, na tle dwóch pierwszych piosenek wyróżnia się zdecydowanie na plus.
6,5/10
04. Coming Home - Wydaje mi się, że jest to piosenka bardziej w stylu solowych płyt Dickinsona niż Iron Maiden. Mamy całkiem ciekawy główny riff z tłumieniem, zamiast polifonicznej melodii typowej dla tego zespołu. Mamy chwytliwy refren, który mi coś przypomina, ale za cholerę nie wiem, co konkretnie ;p
7,5/10
05. The Alchemist - Dość energetyczna piosenka, może nie tak bardzo jak Quest For Fire, ale w końcu latka lecą. Ale poza tym wypada z głowy równie szybko jak do niej wpada. Ilekroć słucham tej płyty, nie mogę sobie przypomnieć tej piosenki. No i mamy tu super wypaśną, wirtuozerską, nic nie wnoszącą i nudną solówkę typową dla Maiden. Aż chwilami mam chęć przewijać te ich solowe popisy. Zresztą tak samo jak Zakka Wylde'a, Steva Vaia i wieeeelu innych (taka dygresja na marginesie).
5/10
06. Isle Of Avalon - Kolejny, niezapadający w pamięć średniak z monotonnym rytmem na hi-hacie przez pierwsze 3 minuty i powracający potem co chwilę. Jedyne emocje jakie to we mnie wzbudza to tęsknota za perkusją w Where Eagles Dare... Solówki, a jakże, są. Technicznie zagrane perfekcyjnie, ale zupełnie nic nie wnoszące i zwyczajnie zbędne. Przynajmniej w mojej opinii. Jedynym jaśniejszym punktem jest tu refren, aczkolwiek miewali już lepsze.
5/10
07. Starblind - Do 2:10 nie dzieje się absolutnie nic wartego zapamiętania, ale następne 20 sekund to jeden z najlepszych momentów na tej płycie (na szczęście powtórzony jeszcze trzy razy, bo inaczej nic by tej piosenki nie uratowało), gdyby cała piosenka była taka jak te 20 sekund, dałbym 10/10, gdyby ich nie było - 2/10... Zatem ocena to
6/10
08. The Talisman - Konstrukcją przypomina mi nieco The Legacy z poprzedniej płyty. Mamy tu dość długie intro ze snującym opowieść Dickinsonem i spokojną melodią zagraną na akustykach. Dodatkowym smaczkiem jest krótki moment od 1:46, gdy na kilka słów Do Bruce'a dołączają Adrian i Steve. Mogliby to trochę rozwinąć, ale jest nieźle. Potem, jak w The Legacy wchodzą przesterowane gitary i ogólnie piosenka się rozkręca. Pierwszy kawałek na płycie, który mnie absolutnie powalił i pozwolił uwierzyć, że Iron Maiden ma jeszcze coś do zaoferowania.
9,5/10
09. The Man Who Would Be King - Kolejny średniak, o którym trudno napisać coś szczególnie dobrego, ale też nie zaśługuje na gnojenie. Jedynym momentem, który może się na dłużej wbić w pamięć jest refren, ale to już chyba gdzieś było...
5/10
10. When The Wild Wind Blows - Najlepszy utwór na tym albumie i jeden z najlepszych w historii Iron Maiden. Nieskomplikowana melodia na gitarach, potem śpiew Dickinsona unisono z tą melodią. Utwór zupełnie nienachalny, za to sprawiający, że gdy się kończy włączamy go jeszcze raz. I znów. I tak ciągle. Szkoda że jest to utwór zamykający płytę i że wraz z The Talisman są tu jedynymi plusami.
10/10
Podsumowanie: Na pewno ocena tej płyty jest sprawą dyskusyjną. Z jednej strony mamy zderzenie całokształtu z wygórowanymi oczekiwaniami fanów, którym album nie sprosta, ale z drugiej mamy dwie absolutnie wspaniałe piosenki, które zupełnie nie przystają do reszty albumu. Ze średniej ocen wychodzi 6,25. Za niesamowite 20 minut The Talisman i When The Wild Wind Blows przemieszane z resztą piosenek daję
7/10
PS. Chciałem zaznaczyć, iż jest to ocena absolutnie subiektywna i stwierdzić, iż nie znam się na muzyce, etc.