Recenzja:
Avenged Sevenfold - Nightmare
Dosyć świeży album, jeszcze czuć fabrykę :)
Płyta jest poświęcona zmarłemu perkusiście zespołu który zmarł niespodziewanie w grudniu 2009 roku.
Tak w ogóle to nie jestem ich jakimś specjalnym fanem ale ten album mi przypadł do gustu.
Wpada w ucho, nie jest natarczywy, zbyt skomplikowany, a że ostatnio gustuje w zkręconych rifach, kawałkach ledwo możliwych do zapamiętania więc to spora odskocznia.
Nie ma co owijać w bawełnę. Jedziemy za playlistą:
1. Album otwiera mocny a zarazem klimatyczny kawałek;
Nightmare. Zaczyna się trochę niewinnie, ale później jest już znacznie konkretniej. Podoba mi się mocny wokal i wykrzykiwane powtórzenia, i to że pianino nie gryzie się z podwójną stopką.
Jest oczywiście i spokojniejszy moment, precyzyjnej solówki też nie mogło zabraknąć, potem z lekko przesadzonymi efektami demoniczny śmiech ale już za chwilę wszystko wraca do normy. Fajny konkretny kawałek, dobrze że poleciał na singiel.
2. Potem jest
Welcome To The Family. Otwierają go gary, dalej dochodzi gitara. Hej.... i witamy w rodzinie :)
Kawałek trochę lżejszy od poprzedniego, szczególnie w refrenie, mamy tam spokojną melodyjką, ale potem w refrenie wraca mocniejszy riff, który sprawia że wszystko staje się konsoliduje. Następnie mamy szeptaną kwestię i całkiem przyjemną, niezbyt jazgoczącą solówkę, a po niej partie wokalu z całkiem miłym chórkiem. Na końcu jeszcze pokazuje się stopka i o już koniec utworu.
3. Danger Line rozpoczyna się marszową gitarką, potem dochodzi wysoka gitara, co sprawia wrażenie że kawałek jest trochę szybszy. Jest tu sporo solówek, precyzyjne cięższe partie gitary no i ten wokal z chórkami. Trochę epicki kawałek, można się pobujać na boki :) Pojawia się eleganckie pianino i zrobił się taki rozpływający się klimat - całkiem ładne. Ktoś pogwizduje i kawałek się wycisza.
4. Buried Alive zaczyna się ospale, jakby to miała być ballada, ale gitarzysta coś ukrywa. Do wolnego, instrumentalnego fragmentu dochodzi mocniejsza gitara i od razu wokal staje się bardziej konkretny.
Rytm perkusji sprawia że mamy taki trochę metalicowy, balladowy klimat. Później wchodzi gitara z solówką, po której znowu mocniejszy roff. Pod koniec wchodzi thrashowa gitara i tak zostaje do końca.
5. Kolejny utwór;
Natural Born Killer zaczyna się konkretnie, już wiadomo że nie odpuści. Szybka sekcja, gitary nadążają bez problemu. Potem nadchodzi trochę spokojniejszy melodyjny przerywnik z fajnym wokalem, ale za chwile powracają gitary w zgrabnym motorycznym riffie i jedziemy dalej. W pewnym momencie utwór zwalnia, ale to jeszcze nie koniec. Znowu pojawi się mocniejszy riff, a po nim refren. Na koniec jeszcze kilka mocniejszych uderzeń o struny i przechodzimy do następnego kawłka.
6. So Far Away - kolejny wolniejszy utwór, akustyczna gitara świetnie pasuje do tego spokojnego, można powiedzieć lekko country wokalu. Kawałek cichnie, na chwile wchodzi akustyk, potem charakterystyczne przyciszone werble, a po nich trochę rozpływająca się solówka na elektryku do którego dochodzi wokal i reszta.
No i w takim rozmażonym klimacie kończy się ten kawałek :).
Jeden z lepszych kawałków, mimo że na płycie trudno wskazać faworytów.
7. God Hate Us - znów bardziej dynamiczny kawałek, choć ładną chwilę zaczyna się tak niby niepozornie.
Zaczynają gitarki i gary, potem dochodzi charczący growl, następnie chórki - chyba miały kogoś przestraszyć :) hehe.
Potem fajny moment z bardziej toporymi gitarami i powrót do riffu. Znowu gitarki zwalniają, tym razem totalnie... ale sekcja przywala mocniej, świetny moment na coś ostrzejszego. Potem ostatni raz pojawia się motyw z refrenu, utwór zwalnia i prawie łkający akustyk kończy ten utwór w samotności.
8. Kolejny faworyt;
Victim, zaczyna się dzwonami, rodem z Unforgiven - Metallici, przeplatanymi z akustykiem, ale dalej jest juz całkiem inaczej.
Za chwile wchodzi piękny, wysoki jak na tą kapele wokal, i mamy taki spokojny zawodzący utwór w świetnym balladowym klimacie. Potem pojawiają się delikatne gitary z miłym rifem, następnie krótka solówka, żeby nie zgubić klimatu, a dalej kawałek płynie już sam. Głos przypomniał mi troche Tobiasa z Avantasii z jakiś spokojniejszych partii.
Póżniej jeszcze spokojna gitarka i kilka słów na koniec z tym świetnym "wysoim" głosem.
Coś na wieczorne sam na sam z płcią przeciwną. Myślę że spodobało by się jej, z pewnością tak.. ;)
I to chyba jeden z moich faworytów. Nie żebym się rozklejał... ale to naprawde świetny kawałek.
9. Tonight The World Dies zaczyna się wolno, kolejna ballada. Akustyk robi za tło, a charakterystyczny elektryk z wajchą dokłada smaczki tu i tam.
I w końcu krzyk... do tego dochodzi męski chórek, i tak nam mijają kolejne zwrotki, ale po drugiej partia wokalna się wydłuża i pojawia się też solówka, kolejny raz motyw z refrenu i to już koniec.
10. Fiction niespodziewanie zaczyna się świetnymi, dosyć mrocznymi klawiszami z delikatną sekcją. Dopiero po nie całej minucie pojawia się wokal który świetnie uzupełniają klawisze, które jeszcze momentami wpadają w trochę mroczny klimat. W pewnym momencie pojawia się nosowy wokal ze świetnymi organkami w stylu 70-tych i rozbrzmiewają już do końca.
Przyjemny klimatyczny utwór, trochę w stylu Guns'N'Roses :D
11. Ostatni prawie jedenastominutowy
Save Me rozpoczyna charakterystyczna, rytmiczniej gitara z gęstą stopką, o nie oznacza zabójczego tępa.
Gdzieś tam na moment pojawia się wokal, precyzyjna trochę metal-corowa giara w rytmie stopki.
Dalej jest coraz ciekawiej, utwór cały czas się zmienia, pojawia się więcej szczegółów i co jakiś czas krótkie szeptane kwestie i czyste wokale z chórkami. W tym utworze słychać że Mike miał więcej swobody. Są charakterystyczne momenty gdzie po prostu bawi się sekcją.
Pod koniec na moment wszystko cichnie i pozostają tylko melodyjne klawisze, wokal i sekcja. Ale przed końcem pojawia się jeszcze na moment mocniejsza metal-corowa gitarka i wszystko milknie.
Posumowanie.
Przede wszystkim pyta jest wyraźna, nie rozmywa się jak ostatni Goodsmack. Jest konkretna, nie przesadnie ciężka bo to ledwo hard-metal :) ale jak grają to czuć że wiedzą co robią.
Jest też różnorodny, nie brak mu fajnych gitarowych kawałów, a są do tego spokojniejsze utwory.
Po trzech latach fani Avenged Sevenfold mieli smaka na dobry album i myśle że zespół sprostał ich oczekiwaniom. Ten album łączy zarówno ostre i toporne riffy, melodyjne solówki i epicki klimat, a do tego wszystkiego czuć tu Metallicą... całkiem nieźle.
Po śmierci poprzedniego pałkarza za perkusją zasiadł gościnnie Mike Portnoy z Dream Theater.
Wyszło całkiem nieźle, może to nie żadna totalna rewolucja to na pewno mocna pozycja w dorobku Amerykanów.
Polecam.
9/10
Oczywiście dyskusja i uwagi jak najbardziej mile widziane.