Greenpeace i podobne organizacje istnieją, ponieważ wypełniają lukę między biznesem, a ochroną środowiska. Myślę, że ktoś w całej tej układance na tym korzysta - i niekoniecznie jest to Kowalski, który chce mieć zdrową marchewkę w ogródku. Nie chcę też przy tym rzucać oskarżeń, więc należy moją wypowiedź potraktować wyłącznie jako przemyślenia.
Naturalnym stanem rzeczy jest to, że jestem za ograniczeniem wydzielanego dwutlenku węgla i sadzy - ze wskazaniem na drugą z wymienionych. Bowiem wpływ CO2 na atmosferę nie jest udowodniony rzetelnymi badaniami i domniemywa się, że uwidoczni się dopiero za jakiś czas. W przypadku sadzy zachodzi to niestety ze skutkiem natychmiastowym. Coś mi świta, ale nie chcę palnąć gafy, dlatego o tym jak to dokładnie zachodzi wspomnę po odgrzebaniu jakiegoś z archiwalnych numerów Âwiata Nauki lub Wiedzy i życie. I dopiero, wtedy opiszę ten proces.
Wracając jednak do potocznej części mojej wypowiedzi. Generalnie jestem za ograniczaniem wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, nawet nie ze względu na powyżej przedstawione argumenty, lecz z powodów czysto zdrowotnych. Im mniej się tym zatruwamy, tym rzadziej chorujemy. Jedno implikuje drugie. Uważam, że to jest o wiele lepszy argument, na pewno bardziej trafiający do ludzi, niż cała łopatologia dotycząca wpływu tlenku węgla na wyższe warstwy atmosfery (m.in. jonosferę).
Skąd się wzięła popularność energii odnawialnej? Wiadomo, że chodzi o wielkie pieniądze. Ktoś już w to zainwestował i boi się na tym stracić. To już lepiej z niektórymi odpowiednio się podzielić i przeforsować ekologiczną energię - nadal zarabiając na niej kokosy. Nikt nie będzie tracił milionów w oparciu o zasady utylitaryzmu i społecznej uczciwości. Dobrym do tego narzędziem jest Unia Europejska, która ustalając limity CO2 narzuca określone rozwiązania. Dalej każdy sam może sobie dopowiedzieć